sobota, 15 kwietnia 2017

Pieskie życie




      Na wyprawach psich zaprzęgów, to psy wyznaczają rytm dnia. Większość czynności, które wykonuje się każdego dnia, związanych jest z opieką nad zwierzętami. Praktycznie, w każdej wolnej chwili, topi się śnieg, a następnie podgrzewa wodę, aby zalać zamrożone mięso, z którego przygotowuje się karmę dla psów. Pełen garnek śniegu, to ćwierć garnka wody po kilkunastu minutach podgrzewania na ogniu. Cały proces karmienia trwa kilka godzin, a trzeba go powtarzać dwa razy dziennie.
      Nieustannie trzeba nasłuchiwać wycia i szczekania psów oraz sprawdzać, czy żadnemu zwierzakowi nic nie dolega. Linki, do których przyczepione są psy są stosunkowo krótkie, ale umożliwiają psom swobodny ruch ograniczając równocześnie ryzyko plątania i zranienia się.
      Zarówno ilość jedzenia jak i długość linek, do których przywiązane są psy, dopasowane są idealnie do potrzeb Husky. Maszerom, czyli osobom zajmującymi się psami, zależy, aby wszystkie psy, każdego dnia były w doskonałej formie.
      Doglądanie psów, wynika nie tylko z dbałości i miłości do swoich zwierząt, ale ma także zastosowanie praktyczne. Jeżeli któryś z psów, nie będzie miał siły ciągnąć, trzeba go odpiąć i wieźć w sankach. Z sań trzeba wypakować bagaże, a cały dobytek jest narażony na zamoknięcie. Żaden Maszer, nie porzuci swojego chorego psa. Wszystkie psy, muszą wrócić do domu całe i zdrowe. W razie niedyspozycji jednego lub kilku psów, cały zaprzęg biegnie dużo wolniej, a ich ruchy nie są skoordynowane tak, jak przy pełnym składzie. Psy męczą się bardziej i spalają więcej energii. W najgorszym wypadku, może okazać się, że psów jest zbyt mało, żeby pociągnąć dalej zaprzęg.
      Słabsze psy, zabiera się ze sobą do namiotu lub chatki traperskiej po to, aby nabrały energii i nie wytracały niepotrzebnych kalorii na ogrzanie swojego ciała w nocy. Po psie można wyczuć pewnego rodzaju poczucie winy i smutek związany z brakiem możliwości bycia częścią stada.


      Każdy pies ma zupełnie inny charakter. Może się wydawać, że 40 psów wychowanych do ciągnięcia zaprzęgów, będzie zachowywać się podobnie. Nic bardziej mylnego. Kari ciągnął przez całą wprawę bez wytchnienia, co przypłacił zdrowiem i wymagał podania mu antybiotyku. Jori z Hagenem darzą się homoseksualnymi uczuciami. Fuzi i jego brat Grot nie dają rady przy długich dystansach i prawie zawsze kończą bieg, jako pasażerowie w saniach. Kolia jest mięśniakiem, który staje do bójki ze wszystkimi napotkanymi psami i jest tak łasy na jedzenie, że gdyby się dało, zjadłby metalową miskę, w której dostaje karmę. Chica jest łagodną dziewczyną ale potrafi po kryjomu przegryźć linę i zerwać się z zaprzęgu. „Buzery” czyli czterech braci Buzer, Lucky, Rick i Nanook są zgraną paczką o niezwykłej sile pociągowej. Przy każdym postoju Nanook zaczyna szczekać, a Buzer wyć jak wilk. Rick za to, przy każdej okazji musi się wytarzać w śniegu. Lona ciągle szczeka podczas obozowania, gdy wszystkie psy są przypięte do steakoutu. Steakout to długi na kilkadziesiąt metrów łańcuch przywiązany na obu końcach do drzew. Co kilka metrów odstają z niego krótkie łańcuchy lub linki, do których są przypięte psy. Tworzy to swojego rodzaju stonogę ze szczekających i warczących na siebie psów. Oczywiście, ze względu na indywidualne relacje trzeba je przypiąć w odpowiedniej kolejności, mogłoby dojść między nimi do konfliktu, jak pomiędzy niefortunnie dobranymi do siebie przy stolikach weselnymi gośćmi. W nocy wszystkie nagle potrafią wyć w celu pokazania, że są jednym zgranym stadem i że łączy je silna więź. Gdy jest zimno i wieje wiatr trzeba psom przygotować odpowiednie miejsce do spania. W tym celu wykopuje się w śniegu głębokie na pół metra kratery, a z wybranego śniegu tworzy się ścianę chroniącą od wiatru. Dobrze jest do środka wsypać trochę siana i wtedy psy mają izolacje od śniegu. W razie ekstremalnych warunków można założyć psom kurteczki.


      Zaprzęganie psów to bardzo wymagająca czynność, podczas której można się naprawdę rozgrzać w mroźny poranek. Psy są podekscytowane na myśl o bieganiu. Widząc ludzi przygotowujących sanki reagują jak domowe pieski na ubierającego buty i chwytającego za smycz pana. Każdego z osobna trzeba odczepić od steakoutu, trzymając między nogami ubrać w szelki, a następnie zaprowadzić na swoje miejsce w zaprzęgu. Trzeba to zrobić w odpowiedniej kolejności, ponieważ niektóre psy nie potrafią czekać i z nerwów przegryzają szelki i linki pociągowe po to, żeby się uwolnić i biec przed siebie bez ograniczeń. Sanki muszą być przypięte do grubego drzewa, ponieważ każdy kolejny pies, podłączany do zaprzęgu ciągnie coraz mocniej i tylko czeka na komendę "hike" lub zwolnienie hamulca.
      Gdy zaprzęg rusza szczekanie ustaje i można delektować się wiatrem oraz dźwiękiem sunących w śniegu sań. Podczas pierwszych kilometrów, piękną zimową aurę niestety psuje fakt, że psom podczas ruchu przyspiesza perystaltyka jelit i każdy po kolei musi załatwić swoje potrzeby. Co ciekawe, wiele psów husky w odróżnieniu od miejskich burków i reksiów potrafi to robić w biegu idealnie balansując ciałem i biegnąc tylko na przednich łapach.


      Walory zapachowe,  podczas stałego przebywania z 40 psami to osobny, długi temat. Szelki, które po bieganiu należny wysuszyć w namiocie lub chatce są przesiąknięte z dnia na dzień, coraz bardziej psimi zapachami. Podobnie jak ubrania i rękawice, które po kilku zaprzęgnięciach pachną podobnie. Ze względu na ograniczoną ilość bagażu, nie ma możliwości przebrania się przez wiele dni, tak więc, dochodzi jeszcze zapach brudu i potu,  zarówno swojego jak i pozostałych współtowarzyszy wyprawy.
      Śpi się w dwóch śpiworach, w ubraniu, w którym wcześniej spędziliśmy cały dzień, tak więc śpiwory, mają zbliżonych zapach, do pozostałej części traperskiego mandżuru. Ma to swój urok i zaskakująco szybko człowiek przyzwyczaja się do takich - wydawałoby się – spartańskich, ekstremalnych warunków. Prysznic nie jest czymś, o czym myślimy cały czas, a umycie zębów jest wystarczającym, co kilkudniowym luksusem. Człowiek skupia się na bardziej przyziemnych sprawach, chociażby takich jak możliwość wysuszenia skarpet. Zamiast myśleć o umyciu zębów, zastanawiam się, gdzie schowane są ogrzewacze chemiczne i kolejna sucha czapka lub rękawice. Dla mnie dodatkowym wyzwaniem było wygrzebywanie kolejnej karty pamięci i jeszcze jednej naładowanej baterii do aparatu.


      Ze względu na temperatury. nietypowa staje się też dieta, która właściwie pozbawiona jest wszelkich owoców i warzyw. Po kilku tygodniach w lesie ,człowiek ma ochotę zjeść pomidora, ogórka albo kiwi. Zamarznięte są trudne do zjedzenia, a rozmrożony pomidor nie smakuje już tak samo.
      Dieta oparta jest na gotowych obiadach w puszkach (fasolka, grochówka), oraz na suchych półproduktach, z których można zrobić obiad (makaron, kasza). Do tego suchy chleb i smalec w ilościach hurtowych. Wędzony boczek również się sprawdził, wkrajaliśmy go wszędzie, gdzie się dało: do zupki chińskiej, do liofilizowanego risotto z warzywami, do kanapki ze smalcem. Taka kanapka z reguły jest śniadaniem, lunchem i kolacją.


      Wszystkie niedogodności są nieistotne, w obliczu pięknej, surowej natury. Potrzebę nocnego sikania rekompensuje zapierająca dech w piersiach zieleń nieba. Zorza potrafi w kilka minut rozbłysnąć jak pochodnia, po czym gaśnie i znika niezauważenie. Czasem formuje się w pasy przecinające całe niebo, a czasem jest tylko ledwo widoczną plamą nad północnym horyzontem. Załatwianie potrzeb w nocy, wiąże się też z niecodziennym widokiem czterdziestu par zwierzęcych ślepi odbijających światło latarki w totalnych ciemnościach.



      Bycie maszerem wymaga ciągłego obserwowania wszystkiego, co dzieje się dookoła. Jadąc w zaprzęgu trzeba nieustannie mieć pod kontrolą wszystkie psy i interweniować w razie problemów. Wydarzyć się może wiele. Psy mogą się ze sobą splątać, któryś może się słabiej poczuć. Kontrolować należy także, czy wszystkie linki pociągowe są napięte. Jeśli nie, trzeba danego psa wywołać po imieniu i zmotywować do biegu.
      Stojąc na płozach zawsze trzeba przynajmniej jedną ręką trzymać sanki. Psy potrafią szarpnąć zaprzęgiem lub zmienić kierunek jazdy, gdy zobaczą inne zwierzęta. Wypadnięcie z sanek, może okazać się fatalne w skutkach, bo psy same nie zawrócą i można zostać bez jakiegokolwiek bagażu na środku wielkiego, zamarzniętego jeziora ,w czasie śnieżycy, gdy widoczność jest ograniczona do kilku metrów. Nawet gdy trzeba zatrzymać zaprzęg i pójść rozplątać pierwszą parę, trzeba to robić z odpowiednią ostrożnością i w odległości pozwalającej wskoczyć na uciekające sanki.
      W pierwszej parze biegnie pies-lider, który reaguje na komendy prawo (dżi), lewo (ha), naprzód (hajk) i stop. Idealny lider to taki, który zatrzyma zaprzęg przed pęknięciem na lodzie oraz nie pozwoli rozejść się psom podczas postoju.


Powyższe zdjęcia zostały wykonane w marcu 2017 roku w rejonie jeziora Inari w północnej Laponii oraz w kennelu w Kakslauttanen.

Wyprawa w której brałem udział była zorganizowana i prowadzona przez Macieja Słomińskiego - prekursora mushingu w Polsce i wieloletniego organizatora polarnych wypraw psimi zaprzęgami. Drugim maszerem był Paweł Majchrzakowski, a pozostali członkowie wyprawy to Michał Strurlis oraz Piotr Błasiak. Wszystkim serdecznie dziękuje za miło spędzony czas.

wtorek, 4 kwietnia 2017

Obóz Al Khazer

Obóz pod miastem


W obozie Al Khazar znalazłem się przypadkiem. W przerwie pomiędzy zdjęciami do filmu dokumentalnego o polskim artyście i jego niedawno odnalezionym ojcu - Irakijczyku, który musiał wyjechać z Polski pod koniec lat 70-tych jeszcze przed urodzeniem się syna. Panowie spotkali się w mieście Erbil, które jest położone zaledwie 80 kilometrów od wyzwalanego właśnie Mosulu. W Al Khazar jest ponad trzydzieści tysięcy osób. W ciepły wiosenny dzień na pierwszy rzut oka miejsce wzbudza pozytywne emocje. Jest tu pełno biegających dzieciaków. Ludzie uśmiechają się na widok zagranicznych gości. Wyobrazić sobie tylko mogę jak bardzo zmienia się aura podczas zimowych mrozów i w lato przy czterdziestostopniowym upale. Z pobliskiego wzgórza rozpościera się widok na cały obóz. Rozmiar robi wrażenie. Pedantycznie ustawione obok siebie namioty wyglądają jak nowe osiedle domów, postawione na jałowej ziemi, w oczekiwaniu aż zarośnie ją trawa.

To obóz dla IDP(Internally Displaced Person) czyli dla uchodźców wewnętrznych. To, że ktoś uciekł w obce miejsce we własnym czy innym kraju, nie ma dla mnie znaczenia. Uciekł, bo trwa wojna i strzelają. Uciekł tam, gdzie mógł. Gdzie jest choć trochę bezpieczniej. Bardziej zamożni uciekają dalej, zadłużeni na miliony dinarów – ze względu na wojenną inflacje i rosnące z dnia na dzień ceny chleba – uciekają do obozu pod miastem.




Kłębowisko bólu i cierpienia


Jednym z nich jest al Khazar. Przy wejściu tłoczy się pełno ludzi wymachujących przed strażnikami i pracownikami humanitarnymi swoimi dokumentami. Bezpośrednio obok znajduje się szpital, który de facto jest tylko tymczasową przychodnią polową. W środku można dostać przeciwbólowy zastrzyk w tyłek, kawałek bandaża, a w najlepszym wypadku lekarz dokona drobnego zabiegu chirurgicznego. Co chwilę podjeżdżają karetki z ludźmi, których kończyny poszarpane są od wybuchów. Kolejka się powiększa i nie widać końca. Potrzebujących pomocy jest tu więcej niż rąk do pracy, a do tego procedury nie pozwalają przyspieszyć procesu leczenia. Wielkie kłębowisko bólu i cierpienia. Niektórzy samodzielnie trzymają sobie kroplówkę nad głową, innym pomagają członkowie rodziny. Ktoś zwija się z bólu, a część osób chętnie pozuje do zdjęcia ze swoimi bliznami i świeżo założonymi opatrunkami.


Normalne miasto


Im dalej w głąb obozu, tym bardziej wszystko wydaje się być jak w każdym innym mieście. Słońce pali, wszędzie hałas bawiących się dzieci. Przypominają mi się polskie blokowiska w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, pomiędzy którymi biegały dzieciaki ze sterczącymi z nosa gilami, pozbawione opieki rodziców. Tu jest podobnie, wszędzie jest ich pełno. Jest też sklep sklecony z blachy falistej i eternitu, osiedlowy fryzjer, zakład naprawiający generatory prądu, panowie, którzy grają w domino i trzech chłopców, którzy puszczają latawiec. Latawiec niezwykły, zrobiony z dwóch patyków i starego worka na śmieci. Wydawać by się mogło, że nigdy nie wzniesie się w powietrze, a jednak zdolności manualne mosulskich dzieci potrafią czynić cuda i po chwili powiewa nad namiotami.




Mała ojczyzna


Część dzieci urodziła się już w obozie i nie zna życia poza namiotami ułożonymi w szeregi oddzielone co kilkadziesiąt metrów pojemnikiem na szambo z namalowanym sprayem numerem kwartału. Na każdą rodzinę przypada jeden namiot. Każdy namiot jest półokrągły, przypomina domową szklarnię lub przenośny garaż na polskiego dużego fiata. Kto był w harcerstwie, pamięta bardzo podobny namiot wojskowy typu NS-64. W środku zazwyczaj znajdują się dwa pomieszczenia. Pierwsze pełni funkcję salonu, drugie sypialni dla domowników. „Dom” zamyka się w niecałych dwudziestu metrach kwadratowych. Powiększająca się liczba dzieci nie pomaga w tułaczce i utrzymaniu rodziny. Ich liczba wzrasta proporcjonalnie do beznadziei i niemożności wyrwania się z obozowej rzeczywistości.



Oczy które zostają w pamięci na długo


Bardzo dużo ludzi na mój widok reaguje pozytywnie i podchodzi aby przekazać swoją historię. „Sura, sura” – zachęcenie do zrobienia zdjęcia - to najczęściej wypowiadane słowa, jakie można usłyszeć, kiedy widzą obcego fotoreportera. Jeden z mężczyzn, zamaszyście gestykulując, prowadzi mnie do swojego namiotu. W środku znajduje się jego jedenastoletnia, kompletnie przerażona córka Ahnam. Atmosfera w namiocie jest podniosła. Ludzie, którzy przyszli za nami, stanęli i zaniemówili przy wejściu widząc scenę w środku. Panuje półmrok, jest cicho i spokojnie, zupełnie inaczej niż na zewnątrz. Nikt się nie odzywa. Robię dwa kroki naprzód i kucam na ziemi przed łóżkiem na którym siedzi młoda dziewczyna. Jej piękne oczy i tajemniczy uśmiech został 20 dni temu zaburzony przez pocisk moździerzowy prawdopodobnie wystrzelony przez bojówki ISIS. Pocisk ten, urwał dziewczynce obie nogi i w ułamku sekundy zrobił z niej inwalidę do końca życia.



Impulsem do napisania powyższego tekstu było to, co zobaczyłem w zeszły weekend w kaszubskim lesie. Przemknęła mi przed nosem grupa rekonstruktorska, czyli dorośli kolesie biegający z karabinami na kulki po lesie w pełnym umundurowaniu z pastą maskującą na twarzy. Udają jakieś jednostki specjalne i skradają się pomiędzy drzewami jakby obok czyhało śmiertelne niebezpieczeństwo. Co ich pociąga w zabawie w wojnę? Ludzie doświadczający aktualnie prawdziwej wojny, oddali by wszystko, żeby się stamtąd wydostać i wyprzeć z pamięci okrucieństwa, które zmuszeni są obserwować.


Przez kilkanaście minut, które spędziłem czekając na znajomych przy obozowym szpitalu, podjechały już dwie karetki z nieprzytomnymi dziewczynkami w podobnym do Ahnam wieku. Obie z porozrywanymi od moździerza nogami...



Za pomoc w redagowaniu tekstu dziękuje Kubie Knerze z http://noweidzieodmorza.com/

piątek, 5 lutego 2016

wtorek, 2 lutego 2016

W trasie

Mówi się o nich: kierowca jest jak pies - sika na koło, żre z miski i śpi w budzie.

Niektórzy mówią tak nawet o sobie. Zainteresowany powyższą teorią poprosiłem mojego znajomego o możliwość sprawdzenia tego w praktyce. Przejechaliśmy wspólnie kilka tysięcy kilometrów w trudnych zimowych warunkach po górskich drogach Norwegii. Miałem okazje przekonać się na własnej skórze jak to jest mieszkać w owej "budzie". Po pierwsze muszę przyznać, że jest zaskakująco wygodnie. Piętrowe łóżko, które znajduje się za fotelami jest wbrew pozorom bardzo przestronne. Można to porównać do kuszetki w pociągu. Wgramolenie się na górę wymaga umiejętności Spider-Mana, ale jak już tam wejdziesz, na brak miejsca nie można narzekać. Ilość miejsca w kabinie jest ograniczona przepisami, które deklarują jaką całkowitą długość może mieć ciężarówka lub ciężarówka z naczepą/przyczepą. Producenci pod presją przewoźników projektują ciężarówki z jak najkrótszą kabiną, a jak najdłuższą "paką". Stąd też bierze się różnica w wyglądzie ciężarówek amerykańskich i europejskich. Amerykańskie, mogące być dużo dłuższe, mają potężne "nosy" i przestronną kabinę ze stolikiem, lodówką i kuchenką. Europejskie są spłaszczonym klockiem z kabiną posadzoną na silniku, ograniczoną do minimum po to, aby mieć jak największą przestrzeń ładunkową za plecami. Z reguły pomiędzy fotelami jest wybrzuszenie pod którym kryje się spory silnik mogący uciągnąć do 42 ton ładunku. Z tego co dowiedziałem się podczas trasy, jedyną przestronną europejską ciężarówką jest Renault Magnum, w którym podłoga jest płaska, ponieważ silnik jest zupełnie pod kabiną a fotele są obracane po to aby na środku można było rozłożyć stolik i w cywilizowanych warunkach zjeść posiłek. Niestety w większości ciężarówek nie zostało to przewidziane. Stąd konieczność tworzenia zaimprowizowanej kuchni polowej za każdym razem kiedy chcemy coś zjeść.





Odpoczynek na zawołanie

Ciekawym tematem dla osób nie będących zawodowymi kierowcami jest limitowany czas pracy kierowcy. Ustawa regulująca prawnie ilość godzin, które kierowca może spędzić prowadząc ciężarówkę jest tak skomplikowana, że większość kierowców nie jest pewna co do tego jak długie przerwy trzeba robić i co ile godzin. Generalnie, można jechać nie dłużej niż 4,5 godziny na raz. Następnie trzeba zrobić 45 minut przerwy. Można ją też podzielić na dwie przerwy 15 minut i 30 minut, ale tylko w tej kolejności. Nie można po dwóch godzinach zrobić przerwy 30 minutowej, a potem po kolejnych 2,5 godzinach przerwę 15 minutową. Do tego dochodzą przerwy dobowe, tygodniowe i inne. Wszystko się zmienia kiedy jedzie dwóch kierowców i zmieniają się za kierownicą. O poziomie skomplikowania tego systemu świadczy chociażby ilość zapytań na stronie:

http://www.czas-pracy-kierowcy.pl/

Jak ktoś chce zgłębić temat, polecam przeczytać poradnik dla kierowcy:

http://www.itd-pip.pl/poradnik_kierowcy.pdf

lub ustawę z dnia 16 kwietnia 2004:

http://isap.sejm.gov.pl/DetailsServlet?id=WDU20040920879

Sposób w jaki należy liczyć wjazd i zjazd z promu to zmora dla kierowców nawet bardzo biegłych w kwestii rozumienia i przestrzegania w/w ustawy. Jedni twierdzą, że można na kilka minut uruchomić ciężarówkę, żeby wjechać na prom i odpoczynek dobowy po zgaszeniu silnika będzie kontynuowany, inni twierdzą, że absolutnie nie, ponieważ jest to przerywanie snu i trzeba od nowa się położyć i się wyspać. Kilkunastogodzinna przeprawa promowa tworzy specyficzny mikroklimat. Alkohol leje się w ilościach pozwalających rano wyjechać z promu "na trzeźwo", ale gdyby nie częste kontrole alkomatem przy wyjeździe z promu to pokuszę się o teorie, że wielu kierowców miałoby problem z trafieniem do swojego samochodu, w celu zjechania z promu. Obsługa statku nie nazywa kierowców pasażerami. Między sobą przekazują informację, że będzie dzisiaj tylko 8 pasażerów. To, że będzie jeszcze 100 kierowców jest kwestią drugorzędną. Oznacza to tyle, że kucharz nie musi się za bardzo wykazać ponieważ kierowcy i tak zjedzą wszystko. Ich narzekania nie grają, żadnej roli, ponieważ i tak będą korzystać z usług właściciela promu. Często dla kierowcy obiad serwowany na promie to jedyny ciepły posiłek w ciągu dnia. Widziałem tam naprawdę gigantyczne ilości jedzenia wchłaniane przez pojedynczych osobników. Przy obsłudze kierowców pracują w miarę możliwości tylko mężczyźni, ponieważ damskiemu personelowi składane były różne(i w różny sposób) propozycje przez wyposzczonych panów, którzy od tygodni nie widzieli swoich kobiet. Rozmowy w stołówce to nie lada gratka dla kulturoznawców. Tematy poruszane pomiędzy świeżo poznanymi ludźmi lub starymi znajomymi, którzy pływają co kilka dni tą samą trasą jadąc do klienta, są odwzorowaniem tego o czym rozmawia cały przekrój społeczeństwa. Przy stoliku obok siedziało towarzystwo wspominające służbę wojskową i jakie to było extra i jak bardzo nauczyło prawdziwego życia. Kto inny się żalił, że go kiedyś kocono w internacie. Standardowym tematem są zarobki. Klasycznie po polsku nie padają żadne kwoty, tylko jest to raczej rozmowa o tym, że "za mało" albo, że "podnieśli nieco podstawę wypłaty, ale opuścili na dodatkach". Odpowiedź na pytanie "ile zarabiasz?" jest zawsze wymijająca i kończy się odbiciem piłeczki lub zmianą tematu. To chyba jakiś nasz problem, bo albo się wstydzimy, że zarabiamy za dużo, albo jest nam głupio, że zgadzamy się na tak niskie zarobki i w ten sposób niszczymy rynek. Myślę, że często można by zestawić ze sobą dwie osoby, które zarabiają tyle samo a reprezentują te dwie skrajne postawy. W Norwegii jeszcze parę lat temu była pełna jawność płac. Urząd podatkowy po prostu publikował w internecie listę kto ile zarobił. Dzisiaj jest nieco trudniej anonimowo sprawdzić ile zarabia sąsiad spod trójki. Należy w tym celu wysłać SMS do firmy Adam i zapłacić około 20zł za sms'a zwrotnego z kwotą dochodu za zeszły rok. Można to również zrobić bezpłatnie na stronie urzędu podatkowego, ale wtedy sąsiad będzie wiedział kto go sprawdził.    









Radiowe zwyczaje

Po zjeździe z promu cała wataha polskich kierowców jedzie jeden za drugim ze względu na tzw. "kaganiec" czyli elektroniczne ograniczenie prędkości ciężarówki do 90 km/h oraz surowe przestrzeganie skandynawskich przepisów drogowych. Rozmowy ze stołówki przenoszą się na kanał 28 CB radia. Można tam usłyszeć kolejne śmiałe teorie o czasie pracy kierowców oraz na temat lokalnych przepisów. Częste są też dyskusje o przygodach w danym kraju. Taka drogowa wersja Morskich Opowieści.

CB radio: "Jak nazywa się Kinga Rusin pod prysznicem? ... Rusinowa Polana" 

CB radio: "Bo ci Włosi to jedne wielkie kurwy" - argument w dyskusji o mandatach we Włoszech

W CB radiu można usłyszeć o tym jak oszukać tachograf, żeby jechać szybciej albo dłużej niż jest to przewidziane w ustawie. Od kiedy tachografy są cyfrowe i naszpikowane czujnikami nie jest to łatwe zadanie. Dawniej tachograf był urządzeniem czysto mechanicznym. Wkładało się do niego podpisaną papierową tarczkę i urządzenie rejestrowało czas i prędkość jazdy trochę na zasadzie płyty winylowej robiąc otworki dookoła okrągłego kartonika. Po przekroczeniu czasu jazdy wyrzucało się za okno taką tarczkę i wsadzało nową rozmyślając nad wytłumaczeniem w razie kontroli jak to się stało, że zacząłem jazdę przed chwilą, a ostatni zarejestrowany postój był 500 kilometrów stąd. Dodatkowym sposobem był tajny magnesik zamontowany gdzieś przy czujniku prędkości (działał tak jak licznik rowerowy, a magnes zakłócał jego pracę). Teraz podobno jest trudniej bo elementy są plastikowe i tachograf inteligentniejszy, nie daje się oszukiwać. Mój kolega miał raz problem z wytłumaczeniem się przed Inspekcją Transportu Drogowego ponieważ w czasie sztormu na promie tachograf myślał, że mimo braku odczytanej prędkości, ciężarówka jest w ruchu, a buja nią na zakrętach i dziurach. Urządzenie zarejestrowało błąd i próbę oszustwa. Dawniej pamięcią tachografu były wspomniane tarczki papierowe. Teraz każdy kierowca ma elektroniczną kartę, która ma swoją pamięć, oraz tachograf, który również zapamiętuje na swoim dysku twardym wszystkie dane z kart kierowców. Wszystko musi się zgadzać - ordnung must sein. Mandat dostaje się w kraju przeprowadzonej kontroli bez względu na to gdzie zostało popełnione wykroczenie.Jest to możliwe dzięki temu, że w całej Europie przepisy są jednolite. Mimo, że czas pracy został przekroczony np. w Bułgarii, to 3 tygodnie później norweski policjant może nam wystawić mandat na równowartość polskiej półrocznej pensji. Poszczególne kraje mają swoje prawne niuanse i np. we Francji nie można odbywać przerwy po tygodniu jazdy(45 godzin) w kabinie ciężarówki. Ma to na celu zmuszenie zagranicznych kierowców do ponoszenia dodatkowych kosztów i wykupienia noclegu w hotelu. Za spanie w kabinie przewidziany jest mandat w wysokości do 30 000 EUR oraz do 1 roku pozbawienia wolności. Jest to taki rodzaj faworyzowania lokalnych pracowników, którzy w założeniu powinni być w trakcie tej przerwy w domu z rodziną.






Pomocny Viking

Jeżdżenie po norweskich górskich drogach wymaga sporego doświadczenia. Zmiany pogody następują nagle i najczęściej są nieprzewidywalne.Na przestrzeni kilku kilometrów temperatura potrafi spaść lub wzrosnąć o 20 stopni. Przed każdym stromym wjazdem jest miejsce na założenie łańcuchów na koła. Niestety często w takich miejscach asfalt jest odśnieżony i posypany piaskiem. Kilometr dalej na pierwszym zakręcie pod górę zaczyna się lodowisko, które dla ciężarówki i jej kierowcy jest zabójcze. Mówi się, że służby odśnieżające drogi są w zmowie z pomocą drogową czyli tzw. Vikingami. Dla Vikinga źródłem utrzymania są unieruchomione ciężarówki i samochody osobowe. Kasują niemało,bo za holowanie ciężarówki ok. 2000 EUR. Trudno się dziwić, że lokalni mieszkańcy pomagają sobie w ten sposób nawzajem. Pewnie często członkowie jednej rodziny pracują zarówno w firmie odśnieżającej, jak i w pomocy drogowej. Lokalni kierowcy doskonale wiedzą, kiedy należy zostać w domu, bo podróż może się zakończyć w najlepszym wypadku w rowie. Jazdę ułatwiają im opony z "kolcami". U nas takie opony są z różnych przyczyn zabronione.
http://autopolki.pl/
Kolce o których mowa to nie punkowe ćwieki na 15 cm. Są to małe metalowe elementy wystające delikatnie z opon. Jest to taka wersja mini łańcuchów. Z tą różnicą, że nie trzeba ich zakładać i zdejmować. Jadąc po lodzie owe kolce są głównym źródłem przyczepności do podłoża. Jadąc po asfalcie kolce zapadają się w gumę, która je otacza i wtedy właściwości gumowej opony mają pierwszeństwo.Mówi się że taka technologia niszczy asfalt i powoduje niepotrzebny hałas. Podobno nawet wpływa na bezpieczeństwo ponieważ kolce mogą ślizgać się na asfalcie. Trochę to naciągana teoria, ale jest jednym z powodów dlaczego w Polsce nie można posiadać opon z kolcami.


 o pracy Vikingów więcej pod linkiem https://youtu.be/qm59WDB6AHw









Bratnia wymiana handlowa

Kierowca poza tym, że musi znać się na prowadzeniu ciężarówki tak żeby nie zrobić krzywdy sobie, innym, a najbardziej ładunkowi, musi również umieć załadować(albo przynajmniej nadzorować załadunek), tak aby towar nie uległ uszkodzeniu. W Norwegii lub Niemczech jest to zadanie łatwe ponieważ firmy dysponują potrzebnymi do tego celu maszynami, a ludzie przestrzegają zasad BHP. W Europie środkowo-wschodniej często dochodzi do scen mrożących krew w żyłach. Nasz rozładunek u klienta przebiegł bardzo sprawnie. W międzyczasie okazało się, że nie mamy jechać do Szwecji po dostawę łódek co automatycznie skróciło nasz pobyt w Skandynawii o tydzień. W związku z tym zadecydowaliśmy o sprezentowaniu przywiezionego z Polski przepisowego piwa(10 sztuk na osobę) kolegom Norwegom. Cała załoga firmy była z tego powodu niezwykle szczęśliwa. Podobno w Norwegii prezenty w postaci alkoholu potrafią załatwić wiele. Od wielu lat w  Norwegii rząd stara się walczyć z pijaństwem wśród swoich obywateli. Z tego powodu powstały specjalne rządowe sklepy z alkoholem o zawartości powyżej 4,75%. Sklepów o znajomo brzmiącej nazwie Vinmonopolet, w których sprzedawane są takie trunki jest w całej Norwegii dokładnie 306 sztuk. Są otwarte w określonych godzinach(z reguły poniedziałek-piątek 10-18, sobota 9-15, niedziela nieczynne). W święta zamknięte całkowicie. W Wigilie Bożego Narodzenia i w Sylwestra otwarte krótko, ale można kupić tylko piwko. Wódki w tak ważne dni nie sprzedają.  Piwo można kupić w supermarkecie, ale ma maksymalnie 4,75 procent i jest dosyć drogie. A jak człowiek kupi za dużo butelek, to może się spodziewać wizyty opieki społecznej lub innej instytucji pilnującej, aby w społeczeństwie nie działo się źle. Wódka jest ekstremalnie droga. W związku z tym, sportem narodowym stało się pędzenie własnego bimbru. Na weekend Norwedzy jeżdżą tłumnie na działki i popijają(na umór) własnoręcznie upędzony alkohol. W Europie najlepszy sprzęt do produkcji bimbru można kupić właśnie w Norwegii.. Co ciekawe, sąsiedzi nie kablują na siebie w tej kwestii. Pełna solidarność całego społeczeństwa. Z drugiej strony za przekroczenie prędkości albo inne niebezpieczne zachowania na drodze bez wahania dzwonią na policję i donoszą o szarżującym wariacie drogowym. Tradycja donoszenia lub trzymania w tajemnicy pewnych kwestii jest bardzo skomplikowana i właściwie nigdy nie wiadomo co można robić oficjalnie a co po kryjomu.








Norweskie zasoby naturalne

Najciekawszym elementem naszej podróży była przerwa dobowa, którą poświęciliśmy na łowienie ryb. Najpierw próbowaliśmy swoich sił na wyspie Bukkoya w miejscowości Avaldsnes. Jednak skończyło się to niepowodzeniem i podjęta została decyzja, że jedziemy na noc i na cały następny dzień do fiordu pod wodospadem Langfoss. W warunkach zimowych łowienie ryb to sport wybitnie ekstremalny ponieważ stok fiordu jest nachylony pod bardzo dużym kątem, skały są oblodzone, a woda metr od brzegu ma już kilka metrów głębokości. W związku z tym wykorzystaliśmy pasy transportowe, których w ciężarówce zawsze jest spory zapas. Zrobiliśmy z nich asekuracje do schodzenia i wchodzenia po zboczu. Dodatkowo nad samym brzegiem wiązaliśmy się pasami do drzewa, po to, aby w razie poślizgnięcia się, nie wpaść do wody. Mi przydało się to dwa razy i przyznam, że za każdym razem najadłem się dużo strachu. Niestety udało się złowić tylko jednego dużego dorsza, z którego zrobiliśmy później obiad dla dwóch osób. Podczas filetowania ryba zamarzła całkowicie .Smażenie ryby na zewnątrz nie sprawdziło się, ponieważ kuchenka nie była w stanie rozgrzać oleju na tyle, żeby odpowiednio wysmażyć mięso. Mój kompan Sylwek wpadł na pomysł, aby olej rozgrzewać w środku w kabinie, smażyć chwilę rybę, żeby się trochę rozmroziła i wtedy brać kuchenkę na zewnątrz, żeby jak najmniej nasmrodzić rybą i olejem w kabinie.













Niemiecki wynalazek

Każdy kierowca spędza wolny czas na swój sposób. Jedni czytają książki, oglądają filmy na laptopie inni zwiedzają okolice, jeszcze inni mają dokładnie wyliczone ile alkoholu można wypić przez 9 godzin przerwy tak żeby rano wyruszyć na trzeźwo. Podczas noclegu szyby zamarzają od środka i ciężarówkę trzeba uruchomić na długo przed rozpoczęciem jazdy w celu rozmrożenia szyb. Warto przy okazji wspomnieć, że ciężarówki są wyposażone w tzw. Webasto czyli ogrzewanie postojowe, które pozwala na wyłączonym silniku wdmuchiwać ciepłe powietrze do środka przez kratki wentylacyjne. Urządzenie to korzysta z oleju napędowego zasysanego ze zbiorników i tworzy z niego płomień, który ogrzewa wdmuchiwane powietrze. Dzięki temu genialnemu wynalazkowi amplituda temperatur wewnątrz i na zewnątrz może sięgać nawet 40 stopni. Podczas największych mrozów kierowca jest w stanie w kabinie mieć co najmniej 10 stopni na plusie.

zasada działania ogrzewania postojowego https://youtu.be/U0R2WdjEg3c