sobota, 30 września 2017

Festiwal Kvirikoba



          Kvirikoba lub występujące również pod nazwą Lagurka to dość tajemnicze święto w tradycji gruzińskich górali - Swanów. Granice językowe dodatkowo utrudniają dowiedzenie się czegokolwiek na temat festiwalu. Festyn odbywa się co roku w malutkiej, górskiej miejscowości. Kala, leżącej przy drodze łączącej stolice Swanetii - Mestie i najwyżej położoną wieś w Gruzji - Ushguli. Z tego co udało mi się dowiedzieć, jest to prawdopodobnie hucznie obchodzona rocznica zamordowania św. Kwiryka lub rocznica zakończenia czterdziestodniowej prawosławnej żałoby po jego śmierci.


          28 lipca jest dniem szczególnym dla wszystkich Swanów. Ludność z całego regionu przyjeżdża tego dnia lub dzień wcześniej do Kali, aby wziąć udział w religijnych obchodach połączonych z wielkim festynem, na którym rytualnie zabija się koziołki, baranki oraz byka, będącego darem od ludności z okolicznych wiosek.

           Już w noc poprzedzającą festiwal sporo ludzi wspina się na górę, na której stoi mała cerkiew z XIII w. W roku 2017, data ta wypadła w piątek, a co za tym idzie zgodnie z religią, obowiązywał zakaz zabijania zwierząt. W związku z tym, imprezę rozbito na dwa dni. Piątek poświęcono na modlitwę, a sobotę na festyn z bardzo dużą ilością alkoholu i mięsa przyrządzanego na miejscu. Jako mięsożerca przyznać muszę, że na przyrządzaniu mięsa Swanowie się nie znają. Najczęściej są to całe kawałki koziny gotowane w wielkim garze na ognisku lub szaszłyki opiekane na ogniu bez dodatku jakichkolwiek przypraw. Największym przysmakiem są podroby, w postaci wątróbki lub serca. Trudno jest odmówić postawnym mężczyznom skosztowania ich specjałów, lecz na szczęście jako dodatek do mięsiwa podaje się zabijającą wszelkie smaki Czaczę, czyli gruziński bimber o potężnej mocy.


          Idąc z Ushguli bardzo wcześnie rano w stronę Kali, można spotkać całe karawany samochodów przeładowane zmęczonymi całonocną imprezą ludźmi. Mniej więcej tyle samo samochodów jedzie w stronę Kali, aby zmienić festiwalowiczów w tradycyjnych obowiązkach. Cerkiew znajduje się na szczycie stromego wzgórza, na które wspinaczka zajmuje około 40 minut. Po drodze można spotkać ludzi w różnym wieku, prowadzących na sznurku koziołki i dźwigających baniaki z winem i Czaczą. Co bardziej religijne starsze kobiety idą na boso, aby bardziej odczuć zasadność pielgrzymki pod górę. Pod koniec drogi na szczyt słychać śpiewy i zgiełk panujący na górze.


         Na Festiwalu Kvirikoba mężczyźni rywalizują ze sobą, podnosząc i przerzucając przez ramię leżące na polance obok cerkwi głazy ważące około 100 kg. Cel takiego wyczynu jest trudny do określenia, ale prawdopodobnie chodzi po prostu o pochwalenie się tężyzną fizyczną. Obok kamieni stoi wielki żeliwny dzwon, który też należy unieść na barkach i rozbujać go na tyle, żeby zadzwonił przynajmniej kilkukrotnie. W trakcie gdy mężczyźni prężą przed sobą mięśnie, kobiety modlą się w cerkwi lub w pomieszczeniu dobudowanym obok cerkwi, wtykając tradycyjne prawosławne świeczki, trzykrotnie się żegnając i wsadzając karteczki z intencjami w kamienny mur. Dodatkową opcją zapewnienia sobie bożej opatrzności na cały rok jest zapłacenie kilku gruzińskich Lari panu, który w naszej intencji wypowie modlitwę zawierającą nasze imię i nazwisko, poświęci dary przyniesione przez nas oraz zadzwoni trzy razy dzwonem, aby modlitwa się spełniła. W podobny sposób należy poświęcić zwierzęta przyprowadzone na rzeź, dodatkowo należy nakapać na grzbiet kozła woskiem ze świecy ofiarnej i dopiero wtedy można zadzwonić 3 razy cerkiewnym dzwonem. W prawosławiu wszystko jest na 3 więc nawet procesja idzie 3 razy wokół świątyni. Co ciekawe starowiercy (raskolnicy) idą w przeciwnym kierunku niż wyznawcy reformowanego prawosławia w XVII wieku przez Nikona. Ma to związek z postrzeganiem stron świata, u jednych patrząc na ikonostas (ołtarz), a u drugich patrząc na wiernych od strony świętych obrazów.

          W nieodległym lasku można się schronić w cieniu, napić wyskokowych trunków oraz zjeść kawałek chaczapuri (gruziński placek z serem) i kawałek upieczonego lub ugotowanego mięsa. Tam również odbywają się tańce i piękne śpiewy w wykonaniu lokalnych zespołów ludowych.


          Zwieńczeniem festiwalowego dnia jest przyprowadzenie wielkiego, sześciuset kilogramowego byka podarowanego przez lokalną społeczność. Zwierze zostaje poświęcone pod cerkwią, a następnie zaszlachtowane wewnątrz specjalnie przygotowanej na tą okazję stodoły. Podczas święcenia nieasekurowany dostatecznie byk zaczął się wierzgać, powalając kilkanaście osób na ziemię. Francuski fotograf tego dnia stracił dwa aparaty. Jeden z aparatów upadł podczas wchodzenia na szczyt wzgórza, a z drugiego niewiele zostało po spotkaniu z byczymi kopytami. Kamienna podłoga w stodole uformowana jest w rodzaj rynsztoku, po którym krew powinna spływać wprost na zbocze wzgórza za stodołą. Tym razem jednak byk stawiał duży opór i nie chciał dać się położyć w miejscu przeznaczonym na ubój. Widać było u wioskowej starszyzny pewne napięcie związane z tym, kto ma dokonać dzieła, jednak po kilku minutach intensywnej kłótni zostało wybranych kilku młodzieńców, którzy z przerażeniem w oczach pozbawili za pomocą noża byka życia. Następnie byk został oskórowany i wrzucony w kawałkach do wielkiego kotła z gotującą się wodą, znajdującego się wewnątrz stodoły.


          W oparach bimbru i mięsnej spalenizny impreza trwała jeszcze kilka godzin, po czym wszyscy porozjeżdżali się samochodami i marszrutkami do swoich domów w całej Swaneti. Nam również udało się złapać autostopa w stronę Ushguli, ale o tym w następnym poście...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz